Nowości

       
gr3 gr7 gr15 gr13
       
gr2 gr4 gr12 gr10

I nagroda oraz nagroda specjalna w XLI Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim „O Laur Jabłoni ‘2021”

I nagroda oraz nagroda specjalna w XLI Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim

„O Laur Jabłoni ‘2021”

Poniżej przedstawiamy wiersze Pani Kamili Szmigiel, która otrzymała I nagrodę oraz nagrodę specjalną za zestaw wierszy o tematyce grójeckiej w XLI Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim "O Laur Jabłoni '2021".

Kamila Szmigiel; godło „duża Mi”

„Droga do Kobylina, lata 40.”

Na jesień budzą się błota. Wstają powoli, najpierw wystawiają lewą nogę z palcem pożółkłym

od kaczeńców, ale jedynie na chwilę, żeby płatki złapały kilka słońc odciśniętych na

oficerkach. Prawa odnoga Molnicy wodogłowi się nad tym, jak uciec na łąki i rozsupłać

mętne wstążki na polach, żeby chociaż koniuszkiem języka dotknąć pałacowego kremu,

którym maluje się ściany i niebo przed świtem. Taka kolej rzeczy, skończyły się dobre chęci i

nie ma jak wyrwać zębów z bruku, dziąsła siedzą głęboko zabagnione i zgryzota gryzie

szczęki, ale nie na długo - -

 

Kobylin łatwo da się wyłuskać, kremowa perła wychodzi spod zamulonego paznokcia prosto

na nową drogę, właściwie na mozaikę z kamiennych twarzy. Wcześniej macewy wygrzewały

się na piaskach, szukały wschodu na mapach z traw i chmur, ale odłupali jest od zamszonych

ciał, wyjęli z cmentarzy razem z korzeniami i posadzili na czarnych ziarnach, które

wydziobuje ziemia.

Nie ma błota i nie ma kto umierać.

Jest tylko droga.

 

„Grójecki kirkut, lata 70.”

Starego kirkutu nie odwiedza nawet wiatr z kulawą nogą, wprowadzają się tylko śmieci i

układają plastikowe włosy w szorstkich rękach ziemi. Z zazdrością patrzą na cmentarz obok,

codziennie świecony i deptany, jakby mieszkali tam żywi. Na kirkucie stoi jeszcze kilka

macew, ale kamienie zsuwają się po bruzdach pooranej gleby, przeżywają codziennie potopy i

wygnania. Gwiazdy i menory dawno zgasły, nie było komu przynosić iskier, uciekły więc na

niebo.

Buldożer eksmituje przeszłość do nowego lokum, wilgotno tam i ciasno od próchnicy. Do

jednego dołu dla wszystkich przesiedlonych z wiecznego snu sypią się głowy popiołów, stare

piszczele i całkiem młode miednice, jeszcze ze świeżym zapachem pęczniejących liści.

Przyjdzie walec i wyrówna, tak mówią budowlańcy i grabarze, walec przyjdzie i usypie

historię na nowo, wytrze stare imiona i posadzi nowe – -- zimą dzieci ucieszą się z sanek i

bałwanów, nikt przecież nie chce się już bawić w entełe pentełe.

 

„Marsowy Grójec”

Wywrócona poszewka z trudem szyje orbity, coś musi jednak wiązać ziemiste ucho z czołem,

na którym tańczy piasek i rodzą się gwiazdy. Twarda skóra ud i brzucha wyciera się od

grawitacji, sam Newton płaci za takie występy, kosmos już tuż-tuż, w pobliskim barze

mlecznym, do którego idzie się drogą. Wystarczy kilka kroków i wpada się w kałużę, ale

stopy spotykają jedynie ubite pięty i skrzyżowane obietnice. Cała woda uciekła, pogryzły ją

chciwe korzenie i miski z czarnych paznokci. Kałuża została łysa i pusta, z czerwoną twarzą i

popękanymi policzkami, które lubią patrzeć w zasychające błoto na skrzydłach komarów.

Tylko pestki się nie przyjmą, są zbyt towarzyskie, żeby zamknąć powieki i otworzyć habity w

kraterze cztery numery od Ziemi.

 

„Jabłonie”

Jabłonie kwitną podobnie jak kompasy, w środku śpią już dojrzałe, zębate półkule.

Rozdzielają miąższ na pół małymi cięciami. Równiki kroją się i dwoją, geografowie w

chitynie dbają o nowe ślady i bieguny ogonków, zostawiają jedynie nieodkryte pestki.

małe i zbrązowiałe, ze zwiędniętą skórą lubią rozmawiać z otchłanią, dopóki nie znużą ich

manowce matowiejące spod zorzy, wtedy milkną i nie odzywają się więcej, nawet sadownik

nie potrafi wyjąć z nich języka i rozłupać zamyślonych wież.

Jabłonie nigdy nie siwieją. Czasem spadają z nich tylko skamieniałe słowiki.

 

„Sebastian Krawczak przypomina grójecki rynek”

Jesień maluje sześcioma palcami, wyciąga blaszki ze zbrązowiałych dłoni, może trochę się

kałuży, a może szaroliści. Weź ołówek, stępiaj palce o papierowe kamienie, aż paznokcie

popękają na małe rysy, rozdziel każdą z igieł. Tylko najcieńsze rysiki zobaczą włos zaplątany

w więźbie, nadkruszony guzik z cegieł, rozprutą pętle kominów i rozprostują każdą

zmarszczkę bruku.

Ołówki przynoszą krótkie zmartwychwstania i trochę dłuższe powroty, sadzą kwadraty i

podkopują ostrosłupy, nigdy jednak nie upadają i nie rozsypują się jak rozgniecione cukierki

w kieszeniach, bo nie mają fundamentów.

Cegły i metry ustawiają się w kolejkach po nową panoramę starego, balansują na łokciach i

datach -- -- a kto powiedział, że kamienice nie nadają się na linoskoczków?