Nowości

       
1a 2a 3a 4a
       
5a 6a 7a 8a

Wyróżnienie w XL Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim „O Laur Jabłoni ‘2020”

Poniżej przedstawiamy wiersze Pani Teresy Klimek-Janoty, która otrzymała wyróżnienie w XL Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim „O Laur Jabłoni ‘2020”

 

Teresa Klimek-Janota –godło „SUZANE”

Miasto

więc co tu dużo gadać, poniosło mnie do miasta,

po mojej ucieczce ze wsi, od babki Józefy, tej, co mi opowiadała

o swoich babskich tęsknotach, o cieple bez ognia pod blachą,

furkocie prześcieradeł na sznurach, na wzór białego żagla –

popłynęłam w świat, skoro ona nie mogła?.

niby jakieś mury od wieków grodzą niebo, niby rzeka zaczyna

świergolić, ale żadnej pewności, że z polnym konikiem

we włosach /nosiłam go tak, jak nosi się wstążkę/,

nie przestraszę się sterty ksiąg, klejonych kurzem z grogi,

niezrozumiałych znaków i pojęć na mapie,

czy nie zaniesie mnie, nie zawieje do jakiejś innej ziemi.

 

żyję poza. bez ojcowych zagonów,

nigdy ich nie dostałam.

z obrazu na ścianie – niezżęte, płaczliwe i drżące

owsy nigdy nie opadają, wciąż bierze je kosa, dotknęłam

jej tylko raz, długo ją będę pamiętać koniuszkami

placów.

-- wydęły się brzuchy miasta, jakoś trzeba wyrazić

potrzebę rozwoju, wygraniczyć zielsko.

urbanistyczna wyrocznia u królewskich bram,

a na otwartym polu miastowa dziewczyna przeczesuje

dziejopis, jak ogon starego konia.

nad śpiącymi się schylam, śpią w zielu, ich zbielałe kości,

jakby się przybliżały do kreski ciągnionej

pod autostrady.

szybciej, dalej, wiatr rozplątuje słomiane powrósła,

oczy polnego konika przeskalowały miasto, to silny organizm

a potrzebuje wsi, są piękne, jak twoja twarz,

właśnie uroda,

rozumiesz?,

nie tylko beton i szkło i industrialny łomot,

tylko śpiew, tupanie i pasiaste pola.

-- no cóż, musi być gniazdo nie obrane ze śpiewu,

grzeszne, głodne, ciekawe, z drobnym

pęknięciem dla sów.

Perła w koronie

 

We śnie widziałam jej ślady, nie, właściwie jedną z najstarszych osad

na południowym Mazowszu. ogień leci przez palenisko i uderza

w garnek, kasza się rozpryskuje, para ścieka,

można by rzec, że baba od zawsze czyni swoją powinność.

Obracam się na bok, śnię minioną epokę; załadowany wóz,

koń nalega by iść przez czyste wody potoku,

stają się przyszłością.

Ktoś pokazuje na most, każe płacić za przejazd,

acz stało się – mówi, to królewskie prawo, niby niezbyt

dotkliwe, a i tak woda na młyn.

To działo się po wcieleniu perły do korony; zabory, rozbiory,

wojenna zawierucha.

Zadziwiające jest, że nie wygasł ogień ze starej osady

przez ponad trzy tysiąclecia, wciąż daje ciepłą

strawę i chleb, sypią się okruchy,

ugina się stół, ten po pańskich dworach,

a moja pra-prababka od zawsze tutaj jest i czyni znak

krzyża, jakby na jej piersiach krzyżowały się

drogi zachodniej obwodnicy.

Nowego znaczenia nabiera imperatyw regionalnego

rozwoju, splendor i równowaga.

A na salonach miasta wciąż kusi rajskie jabłko, kusi,

bo dojrzewa, coraz więcej czerwonego rumieńca

nad bryłą starych kościołów.

Czy dla mnie ta korona?, zapytało dziecko, robiąc ruch ręką

dookolny, przy czym błysk w oczach jest z nadmiaru

wrażeń.

Boska kołyska

 

Ta ziemia jest kobietą.

Zrekonstruuj kołyskę, w której stawała się miastem,

było nie było, płacząc, krzycząc, śpiąc z głową na południe

od matki, wymościła swe miejsce 153 metry

nad poziomem morza.

Pomyśl o stopach, które ją kołysały, biegły ścieżką

wzdłuż rzeki, pokryły ją stulecia i wieże kościołów,

pośród ludzkiego mrowiska.

Ta ziemia jest niespokojna, rodzi, bardziej cicho od wiatru,

Bóg stanął za firanką i płacze ze wzruszenia,

przygląda się jej kształtom, architekturze bioder –

to z nich wyrosło miasto, krew, limfa,

ścięgna, policzki,

landszaftowe wsie w słomianych kapeluszach,

jakaś myśl złota, rodem z królewskiej korony,

potem drewno, beton, nowe kompozyty.

Podała mu jabłko,

powiedziała – weź, nie zawahał się, ugryzł spory kęs,

nie miał wątpliwości, co do jej boskiej natury.

Coraz przybywa gniazd, pisk ptasiej matki ciągnie za sobą

półksiężyc, namiętnie, jak robaka, chciała go, bo tłusty

i wypełzł, w końcu to nie to samo co śliwki,

gruszki czy jabłka.

Ale tu wierzy się ślepo w bladoróżowy kwiat w sadzie

i skurcze piasku w łachach,

co chwilę rodzi się owoc,

-- od wnętrza i dla wnętrza, czas wygładza błękit

pod belkowanym niebem i ślady

po ludziach.

Stwarzanie Grodźca

 

Najpierw było słowo i Bóg niby syty a natychmiastowy

drażnił sam siebie swoją gwałtownością lokals nie z tej ziemi

niby nikt a ktoś

od początku było wiadomo że kiedy – było nie było –

debiutant w błękitnej koszuli /pierwszy raz stwarzał

wszystko z niczego/ deklaruje: pola wzgórza

strumienie na obraz i podobieństwo

-- dobrze wiedział co robi ba skłaniał się nawet

do samo-plagiatu

Całujesz mnie od zawsze tego stanu w żaden sposób

nie może odmienić obecność innego mężczyzny

nic a nic zostawiasz pocałunki

w ważnych dla mnie strefach przy pępku gdzie podnosi się krew

i już wiadomo że można myśleć o postawieniu młynów

mielących ziarna zbóż i niczego więcej

niczego oprócz czasu niby takie proste mówisz

kocham i rodzi się miasto

Maluję dla ciebie usta chyba powinieneś uważać

na ich mulisty brzeg i spory o bagna – tam mieszkają

ceglarze znają boski plan

Noc mojej prababki

 

i znowu kończy się dzień gasną światła w oknach

były już takie noce kiedy pełnię

księżyca

przyjmowała do siebie jak hostię

to były lata wojen i głodu

miała być syta miała wypełniać brzuch

-- wysiąkała w miejsca strachu

na długo przed

świtem

nadzieja – ta dotykana rano wchodziła w nią

nierówno przylegała do warg

czas ciągle goi rany z nieuleczonych

śmierci