Nowości

       
1a 2a 3a 4a
       
5a 6a 7a 8a

II nagroda w XL Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim “O Laur Jabłoni ‘2020”

Poniżej przedstawiamy wiersze Pani Wioletty Jaworskiej, która otrzymała II nagrodę w XL Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim "O Laur Jabłoni '2020"

Wioletta Jaworska - godło “NADZIEJA”

Na wstecznym

 

gdyby wysilić pamięć cofnąć zegary

zejść do piwnic stryszków po szczebelkach wstecz

odpajęczyć obrazy oddrapać wszystkie rysy

i wyjąć zadry - nadać sprawom bieg zamiast

amputacji - może wtedy głos nie wiązałby w krtani

dziecku mieszkającemu wewnątrz mnie

zamiast rytualnych krzyżyków na drogę

rowerem butem czymkolwiek – byle

dalej od siebie – jakby ucieczka mogła

zdjąć maskę wytopić sól spod powiek

zrobić z niej leczniczą lampkę - wzmocnić

dopływ sił witalnych - uporać się z cieniami

wiszącymi w głowie jak niedoprane pranie

spetryfikowane na amen – gdyby stanąć

oko w oko ramieniem otoczyć chude plecki

powtarzać mantrę - strachy na lachy - półgłosem

odganiając neurozy z odbić zaszybionych luster

odrysować wszystko palcem na opak - odpętlić złe słowo

i dotyk

być może mała dziewczynka dorosłaby

do kobiety

obrazki/tryptyk

 

I.czernina

nigdy jej nie jadłam - może

dlatego że byłam świadkiem

(wcale nie Jehowy a faktu)

nacinania przez mamę

kaczce łba - cienka strużka krwi

kapała do szklanki z octem – a kaczka drżała jakby

dostała gorączki albo ktoś potraktował ją

paralizatorem – nie mogłam oderwać wzroku

od oczu zachodzących mgłą

nie żałuj - mama mówiła - prędzej zdechnie

mniej będzie cierpieć - nieprawda

zupa tak samo drgała

 

II.rodzicielka

ręce matki pachniały cebulą kiedy

ubierała mi rajtki albo zapinała kurtkę

na pierwszy i ostatni guzik

nie miała zadbanych dłoni - krótkie

paznokcie nie przeszkadzały

w pieleniu grządek w ogródku

albo krojeniu pokrzyw kaczkom -

w garażu zamiast auta parkowała sieczkarka

taka maszyna z ogromnym kołem

nożami na ukos – nie podchodź - mówili

rodzice (mężowi tak właśnie palec ucieło

gdy miał dwa lata- podszedł i było

za późno)

od święta na parafialny odpust

paznokcie matki przybierały kolor

perlisty – jak obwódki wokół oczu

z niebieskim odcieniem - różową pomadą barwiła usta po czym

kreśliła nią koła na policzkach - rozsmarowywała

na kościach i wyglądała niczym aktorka

starego kina - dziwiłam się

czemu nie maluje się zawsze

a po co - odpowiadała

jakby nie wiedziała

że mogłaby codziennie

wyglądać jak Rita H.

III.ślady

pamiętam beztroskie bieganie po lasach i stawach

tych zamarzniętych gdzie lód ostrzył cięciwę

z kawałkiem kija - spluwą na wymyślonego wroga

pif paf nie żyję

 

kradzione jabłka po sadach – kradziejka lepsza

niż swoje

pamiętam chleb z cukrem i szron na ścianach

grubą pierzynę - pierze zawsze stawało

okoniem na końcu pościeli - budziły zgrabiałe plecki albo

kogut z rana

w chlewiku chrumkały świnki - jedna na wielkanoc – jak mawiał ojciec -

druga na choinkę

wtedy przyjeżdżał domorosły rzeźnik - świnka kwiczała

wraz ze mną - idź stąd nie żałuj nie zdechnie

nóż przecinał łeb racice

dzielili mięso na sztuki – a większą sztuką wtedy

było życie

kolej rzeczy

 

do stołu

babka zasiadała z ramionami złożonymi

jak krokwie podpierała

dłońmi brodę i milczała

tylko wzrok mówił więcej

niż wygięte w murłatę usta

ciumkały gdy babce było po drodze

z łatą na głowie

mówią że niczego się nie wysiedzi trzeba zakasać rękawy

ale to nieprawda

kura wysiaduje jajko mądrzejsze od niej

 

matka przejęła sztafetę z fartuchem

tylko usta zwijała w podkówkę

symbol szczęścia koniarza przyklejony cień

na ceglanym murze albo bramie

wyjazdowej

na podwórku stał maneż

z trawą wrosłą w szczeliny zębatki - nie ma komu robić

mawiała babka podparta pod boki

stodoła z dziurawych desek – judaszy do podglądania

czarnych koni w okolicy dawno nie widziano

odeszły do miasta łatwiej zarobić

kiedy przyprószył śnieg zmarzliną

zaparowały szyby źrenic - zamglone punkty styku temperatur

popiołu wybarwionego do ostatniej pomarańczy

z zimna

obie wywlekały swetry szukając

podszerstka obchodziły dom

na drugą stronę

nikt mnie nie pyta dlaczego nie noszę

fartucha

nie składam rąk

piołun i mirra

 

gorzkniejemy Piotrze kromko czerstwego

chleba kąsanego ukradkiem coraz rzadziej

drżenie przychodzi nie wiadomo skąd

pozostawione samo sobie niczym

nie okryte w za dużym korpusie

zbyt pojemnym by dotknąć utulić

zawinąć jak w kokonie udawanym

matczynym uścisku przytłumionym

haustem przepływającego powietrza

do motylich skrzydeł

oddechu wytrącającego osad spod ciemnych łusek

kropel gorzkiej lepkiej cieczy

skrystalizowanej na naszych dłoniach

domykających poszczególne drzwi

niczego nie wolno przyspieszać

ponaglać - trzeba upuścić tej krwi

bezboleśnie najlepiej bezkrwawo

jako żertwę przebłagalną ofiarę

za grzechy przed i po

pozwolić płynąć przesiąkać śladom

posoki w kształcie figur

swoistej pieczęci odcisków

wrytych głębiej niż powierzchnia

Skóry

coraz zimniej

 

powiedziałeś

że drzazgi przysiadły jak ptaki na gałęziach

pazurami rozdrapując śnieg

w klatce szroniąc włos po włosie

zamykając dopływ ciepłej krwi – panie masz pan zawał

pielęgniarka odarła ze złudzeń

nie ma mocnych

 

zewsząd bezgłośne cykanie - nieustępliwe

jak deszcz zza okna

i wiatr z wentylacyjnych krat - taką mamy jesienną

zimę tego roku – opowiadasz ze szczegółami formy transportu

historię wszczepienia protez w układ żylny -

odkorkowali zatory na drodze

nowego życia - wcale nie jesteś szczęśliwy

jakby to stare za bardzo się wgryzło

a nowe jest zbyt niewiadome

 

oberwanie głowy w chmurach

albo chmur w głowie - ciało przesiąknięte

jak rzęsy twojej żony - nie da się zatrzymać

naporu wody

ptaki odfrunęły - ich skrzydła

zacieniły skórę wokół oczu

każdy z nas się utleni