Wyróżnienie w XXXVII Ogólnopolskim Konkursie Poetycki „O Laur Jabłoni ‘2017”


Wiersze zdobywczyni wyróżnienia w Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim „O Laur Jabłoni ‘2017” – pani Bożeny Kaczorowskiej z Warszawy.

Godło „Mira Belka”

Poeta stacza się w wiersz, zgodnie z prawem          

                                                                                                                       Przejadły ci się malwy w polskim
                                                                                                                      
krajobrazie i wyjechałaś do Włoch.

Podziwiamy piękne widoki, a poeta stacza się
w wiersz, zgodnie z prawem grawitacji. W głowie szumi
od nabrzmiałych metafor. Dmuchamy na zimne; musimy
głęboko zakopać wiersze, by nie obsikał ich pies,
nie wykopał przypadkowy turysta.

 

Tlimy się jeszcze jak wystrzelona w niebo gwiazda
papierosa, z której żar dogasa beznamiętnie w trawie.

 

Nasze mieszkanie ma dwa zamki, królewno – a ty narzekasz, że to tylko
marne: „em-trzy”. Powiedz coś! – Niech wreszcie padną te słowa, a potem
się podniosą. Bo życie, – królewno, czai się w nas jak pantera. Gotowe
jest czasem na skoki w bok. Gryziemy się ze sobą, bo przytłacza nas
najeżone iglicami miasto. Tu gończe psy-buldożery warczą na stare cegły
wykopane z ziemi. A latarnie dają popalić przez całą noc.
Więc nie dziw się, że poeta czasem musi stoczyć się w wiersz.
Dmuchać na zimne. Głęboko zakopać wiersze, by nie obsikał ich nikt,
nie wykopał. A cały dowcip polega na tym, żeby się z tego nie śmiać.

 

 

Litania do groszku

Gdy ten żarłoczny kapitalizm
 
rzuca się nam do gardła.       

Z talerza patrzą na mnie wielkie oczy
rosołu. Przełykam je, zanim czarne
wielokropki pieprzu sparzą mi język.

 

Myślę o kurze. Straciła życie dla sprawy.
Z rozwartego dekoltu jej piersi sączy się
sos, stempluje świąteczne serwety.

 

W ciasnym imadle szczęki szamocze się
jeszcze zielony groszek. On także
jest tu bez szans.

 

Bo rządzi nami fetysz trawienia.

 

 

W ręku jabłko, – a może berło?

 

                                                                                                                                  Pamiętaj, to dla Ciebie
                                                                                                                                 
malowałam usta landrynką.

 

Ktoś w morzu Martwym robi odwierty, szuka złóż.
A my nurkujemy w rzece słów. W naszych
palcach błyszczą łuski kartek.

 

Po twojej szyi pełznie wytatuowany wąż.
W moim ręku jabłko, – a może berło?

 

Słychać uderzenia deszczu.
Ciche kiełkowanie nasion.

 

I jak pięknie puszcza się fiołek w światło.

 

Ciepłe elektrony ocierają się o siebie, aż rozbłysną.
Ta chwila może zrodzić wiersz. Będzie smakował
jak dojrzała figa. Czysty karmel rozpłynie się w ustach.

 

na chłopaka

 

                                                                                                           słone i gorzkie. słodkie i mdłe, te wszystkie
                                                                                                           cykle. i tylko burza loków wisi w powietrzu;
                                                                                                           gotowa, jak róża. na ścięcie.

 

mężczyzna zjada babeczkę
i uchodzi mu to na sucho.
a mi spóźnia się pociąg, przelew i okres.
strzeliste wieże gotyku są jak nadziany facet.
lubią błyszczeć i potrzebują do tego cudzych oczu.

 

obcięłam włosy na krótko. czy dałam powód,
by nazywał mnie chłopczycą? to było tylko
zwykłe hartowanie róży. chęć sprawdzenia
czy straci kolce.

 

jednak coś w niej pękło, potem zakwitło,
jak we mnie. lubię ostre. jem teraz dużo kwaśnego.
mówią, że to na chłopaka.

bo na dziewczynkę, to raczej  na słodkie. ma się chęć.

 

W drżącej poświacie

 

                                                                                                                           Drgania w nas,
                                                                                                                          
jak to światło na końcach sznura.

 

Grające w nas światło kontrastowało z cieniami drzew.
Wszystko, co mieliśmy sobie wtedy do zaoferowania
mieściło się w kruchej sztuce obietnicy.

 

Wilgoć z rzeki podchodziła zbyt blisko i osadzała się
w delcie ciał. Byliśmy nadzy i dzicy. I tak samo
jak oni;  bez-wstydni i bez-ograniczeń.

 

Krajobraz po męsku surowy wchodził w orbitę świtu.
A my, niczym te ptaki, szamotaliśmy się w skrzydłach
ramion. Zupełnie jakbyśmy chcieli,

zbudować gniazdo przy brzegu.