Lista książek najbardziej rozchwytywanych

       
roz akad roz alcatraz roz call roz emeryt
       
roz gustaw roz mala roz maly roz zula

III nagroda w XXXVII Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim „O Laur Jabłoni ‘2017”

Wiersze zdobywczyni III nagrody w Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim
„O Laur Jabłoni ‘2017” – pani Ewy Włodarskiej z Białegostoku.

Godło „grafit”

Rzeźbienie z ognia
Z tego miejsca
można wejść w obraz
być inkwizytorem
lub dziewczyną z wypaloną piersią

J. Kulka, Niedaleko twierdzy

W pustych oknach odbija się zarys kobiety.
Włosy ma z cynamonu. (Zrodzony na wyspie,
na wpół zziębnięty, na wpół wybujały ognik).
Czy płomienie pochodzą z omamów, czy drzemka
wymknęła się obrazom z werandy? Zamyka je w sobie,
dziwi się im, smakuje. Czuje każdy oddech
żdźbeł zetlałych jak znicze, święty olej w kankach.

Naraz obraz mętnieje. W dym zmienia się biały
kontur traw. Kuropatwy, jakby rozmazane,
jakby tu nieobecne, w puchu chronią młode.
Pierwsza miłość nie ślepnie, ale i nie gore
aż tak, by nieść cytaty: więc z prochów powstałeś.
Przywlokły je gawrony, ptactwo oszalałe
na zawsze. Wypuszczone ze zniszczonych wolier,

opalą chłodne lotki nad  polami. Z klatek
zostaną tylko zgliszcza. Powiedz, kto strzemiona
ponacinał na rękach? Kto gładził nadgarstki?
Dokąd kroczysz, tam  płomień ustępuje, zwalnia.
Za tobą bez jazgotu domyka się niebo
– odciśnięte widmowe domy, w  ich szkieletach
zarygluj drzwi, opowiedz ciszę od początku.

Nauka o liczbach

Cóż, potem się zakopie, a najpierw banalnie:        
utłuc Józefa Ulmę, żonę, szóstkę dzieci.
Siódemkę? Jak to liczyć? Główka spomiędzy  ud,
ramię. W trakcie porodu, więc może pół? Mniejsza,

razem z nimi ośmioro Żydków ukrywanych
wśród łąk. I poszli Niemcy, mieli sześć furmanek    
dóbr, trzy litry gorzałki. Słodki czas po pracy,         
ach, tyle pięknych godzin do zabicia. Myślę,

że tu zdarzyło się coś jeszcze. Później. W chatach            
jak w wielkanocnym  kotle pociły się gardła,
mijała noc. Nad ranem  na pobliskich polach
dwadzieścia cztery trupki Żydków  już czekały,     

aż ich opiekunowie wezmą na Wielkanoc,
w orszaku, z koszyczkami. Może zmartwychwstaną.


Benedykt XVI  powątpiewa w istnienie Dziecięcej Otchłani

                        – Otóż dzieci [nieochrzczone] nie były w takim stanie, żeby mogły
                           posiąść życie wieczne (w niebie) – św. Tomasz z Akwinu
                        – Była to zawsze jedynie hipoteza teologiczna – Benedykt XVI


A co z siódmym? Niechrzczeniec. Kto wie, czy się wlicza
do raju. Zły sen malca, kiedy sam zostaje
w przedziale kuszetkowym albo gdzieś na wachcie,
kiedy w ryżowym morzu narasta sztorm. Wilcza

tęsknota jest połowem, który zrywa sieci,            
tnie światło. Tu, w zetlałej cieśninie, ktoś niesie
tłuste czcionki na skalnych tablicach przez Otchłań.
Tunele otwierają nas bardzo swobodnie,

przełykają jak dziecko mannę na śniadanie.
Tej nocy nic nie strawi, jesteśmy w niej pełni
wykoszonych łąk, niebo przeciera się w sianie

jak wygłodniałe stado, wataha. Się spełni,
pęka nasienie roślin. Rozlewa się życie –
głęboka przepaść, studnia, która chłonie wszystko.

Liryk na Dzień Zaduszny      

Wspominam was na nowo, wygnanych ze świątyń
swoich ciał, z rozjarzoną gwiazdą w potylicy;
ciepłą jak prześwit w murze do dalekich krain,
gdzie ręka natrafiała na kruszynę chleba.

Wspominam was, zebranych, uśpionych przy grząskich
krach, albo na zwapniałych materacach  na dnie.
Doły kopią głębokie, doły przepełnione
po brzeg brzegu – z nich biją niebieskie promienie.

Płyną po falach ziemi, rozstępują miękko
powłoki śluz, mkną dalej, mkną, żeby zaszeptać.
W zaszepcie źdźbła kołyszą gładko plisowane
i tylko wiatr im nuci majową elegię,

tylko wiatr nieco śmielej szemrze niczym strumień.
Wspominam was jak matka, głęboko, najczulej.


Dziki czas i obraz Chagalla Zakochani nad miastem

Z Petersburga umyka w ramiona wybranki
– dostraja ją  jak skrzypce w dłoniach wirtuoza.
W wietrze będą przejrzyści, uniesie ich sanna
nad Ładogę i nurty witebskiego sioła.

Słychać dźwięczny tamburyn, rżenie koni. Wiosną,
przez majowe bezdroża, przez szutrowe drogi
biegnie Bella. Zziajana, natrętna jak pszczoła
w  porze roju. W feerii barw, jak romskie tabory.

Nagle rytm cichnie, słabnie. W dym uleciał sobie
zielony Chagall, czuły obieżyświat z Łoźnej.
Pękają drzazgi w ogniu pod starym sklepieniem,

wykwity na blejtramie. Dziki czas zjada miąższ,
okruchy spod poduszki, spod szkieł pantofelki,
wylinkę dni, kolebkę wydobytą z gąszczu.