I nagroda w Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim „O Laur Jabłoni ‘2016

laurjablonimale
Dziś zamieszczamy wiersze zdobywcy I nagrody w Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim
„O Laur Jabłoni ‘2016. Pan Ireneusz Jaskólnik z Warszawy użył pseudonimu „Ptasznik”.

  

Obok

I ten chłopak z sąsiedztwa – wbijał noże w brzuchy koni, które

rysował na piasku. Co on właściwie sobie myślał? Zawsze przekrzywiał głowę

w taki dziwny sposób, jakby był ptakiem, umieszczonym w klatce

ptakiem z egzotycznego kraju.

I ta dziewczyna z sąsiedniej wsi, która modliła się do warzyw, błogosławiła

marchew zanim ją obrała i pokroiła. Czy nie było w niej czegoś

ze świętej, z szalonej dziewicy, która wewnątrz płonie

od nieustępliwej obecności Boga?

I ci nastoletni mordercy, którym sprawiało przyjemność obdzieranie

ze skóry kotów, uganianie się za bezdomnymi psami. Z roku

na rok stawali się coraz silniejsi, ich dłonie niebezpiecznie

rosły, nadawali się do każdej roboty.

I ta rozmodlona staruszka, która od dawna czekała już tylko na koniec

świata, niewidoma jak wieszczka, wypowiadająca równie niejasne

przepowiednie, oparta o laskę, ubrana w czerwoną suknię, o

zmroku wyglądająca jak gorejący krzew.

I ja gdzieś obok. Zbudowany z tego samego ciała, z tych samych

kości. Z tych samych włosów, paznokci, ludzki tą samą

krwią, śliną, limfą. Gdzieś obok. Egzotyczny, niezrozumiale

mówiący do siebie w swoim własnym języku.

 

Papierosy

Paliliśmy papierosy w drgającym mroku zaułka. Ty, Kama, Lonek i ja. Lato

brzęczało jak rozstrojone radio. Tyle w nas było miłości, choć była ona nietrwała

jak ogień zapałki. Tyle w nas było pragnień, nastoletnich marzeń gorących

jak asfalt amerykańskich autostrad. Miałaś siedemnaście lat, ja tydzień

wcześniej urządziłem osiemnastkę, w domku nad jeziorem przez całą noc

straszyliśmy dzikie kaczki, brodziliśmy w zimnej wodzie, która wydawała się

czarna i gęsta jak smoła. Udawaliśmy szczęście, ale koniuszkami palców

czuliśmy strach, dotykaliśmy tajemnicy, która wisiała nad nami jak

wielki, przezroczysty balon. Paliliśmy papierosy, ale wdychaliśmy dym

lęku, on był jak szara krew przedwiecznej bestii. Ryby muskały pyszczkami

taflę jeziora, wydawało mi się, że próbują się wydostać z wody, że duszą się

z braku powietrza, że nikt nie dostrzegł, że tak naprawdę mają ludzkie twarze,

że są jak nasze lustrzane odbicia. Ale nic nie powiedziałem, paliłem papierosa,

odprowadziłem wzrokiem przelatującą sowę. Coś wisiało w powietrzu, ale byliśmy

zbyt młodzi, zbyt odporni, lęk kiełkował, ale potrzebował wielu lat, żeby dojrzeć, żeby

wydać owoce. Przez ten czas spotykaliśmy się w mroku, drżeliśmy, paliliśmy papierosy.

Prowiant

Tysiące smsów, mejli. Pocztówki z innego świata, numery telefonów

zapisane na rachunkach i upomnieniach z banku. Zdjęcia znad wodospadów, z krajów

dzikich i nieznanych mapom. Odciski palców na nieumytych szklankach, na

talerzach wciąż stojących w zlewie. Pustka. Cień dawnej rozmowy gdzieś

głęboko w mózgu, bolesny jak choroba, naoczny jak tętniak, osobowy

jak wspomnienie twarzy. Tysiące dotknięć, wciąż odczuwane na skórze ciepło

twoich opuszków, język w moich ustach. Sny wypełnione czernią, gęste

jak towot. Pustka. Brodzenie w rzece czasu, włosy wilgotne od nocnego

strachu. Śmierć na pokazach mody i w domach wczasowych – kobieta

roześmiana po zdjęciu kostiumu. Kości obdarte z mięsa, rozszarpywane

zębami miniaturowego pieska. Pustka. Zdania bez orzeczenia, złożone

z samych rzeczowników, suche jak prowiant zabierany na wojnę.

Okiełznanie

Tyle straciliśmy. Popołudnia na wsi, wieczory wśród szczekania

psów. Okiełznani przez los. Z matową pustką w oczach, z wysuszonymi

studniami zamiast sumienia i grzechu. Życie zdało mi się nagle mamrotaniem

więźnia, który niewyraźnie coś w kółko powtarza, ani razu nie trafiając

w sedno, a jedynie obsesyjnie bredząc. To Anaïs, bezzębna buntowniczka, trup

z innej epoki. Tyle jednak przetrwało: twój nierówny paznokieć, blizna

nad prawym okiem. Okrzyki matki, która woła na kolację, za wcześnie, jak zwykle

za wcześnie. A mnie zdawało się, że przepłyniemy każdy ocean, że nadzy

będziemy biegać po sadzie aż do rana, że rozdepczemy śliwki, utoniemy

w rosie pożądania. Lecz dni są coraz krótsze, boję się, że to moja ostatnia

jesień, że zimą zakopię się w śniegu zapomnienia, zamienię się w dinozaura, którego

razem widzieliśmy w muzeum w Londynie. Deszcz uderza w wiadra, w garnki

rozwieszone na płocie, przebija liście lipy, ogłusza zabłąkane pszczoły. Nic, nic

nie przetrwa nocy, którą mamy w sobie, która jest czarna jak język śmierci.

godło: ptasznik